W. Cieślewicz

W tym roku, 9 lutego skończyłby 68 lat. Byłby może bardzo dobrym dziennikarzem, komentatorem sportowym, być może relacjonowałby niejedne Mistrzostwa  w Piłce Nożnej?

Życie napisało jednak zupełnie inny scenariusz. 13 lutego 1982 r. 29-letniego Wojtka Cieślewicza, redaktora „Głosu Wielkopolskiego”, na moście Teatralnym w Poznaniu około 17.40 dopadło co najmniej 6 funkcjonariuszy ZOMO. Bili go milicyjnymi pałkami po głowie. Lekarzom nie udało się go uratować, zmarł 2 marca 1982 r. o godzinie 6.10. Kilka dni później Wojciecha Cieślewicza pochowano na cmentarzu w Kcyni.

„Michu” nie pamięta

Kolejne lata, to dla rodziny Cieślewiczów okres dochodzenia prawdy, poszukiwań świadków ciężkiego pobicia Wojtka. Sukcesem tamtych lat było ustalenie, że pobicia dokonali właśnie zomowcy. Pytaniem pozostawało wciąż, kto tak naprawdę przyczynił się do śmierci Wojtka, czy, jak kto woli, kto go zabił? Na początku lat 90. udało się ustalić, że czynu tego mógł dokonać młodszy od swej ofiary o 7 lat były funkcjonariusz ZOMO, na którego z racji postury wołano „Michu”. Zamiast do wojska poszedł on do ZOMO, bowiem tam był wyższy żołd, a on potrzebował pieniędzy, bo w styczniu 1982 r. planował ślub (pół roku później ślub miał wziąć Wojtek). Mówiono o nim, że lepiej nie wchodzić mu w drogę. On sam po wydarzeniach 13 lutego 1982 r. miał chwalić się, że tego dnia tak „przywalił” milicyjną pałką jednemu człowiekowi, że ten już nie wstał. Później zaczął się wszystkiego wypierać. Stanął przed sądem. Kiedy występował w roli podejrzanego o dokonanie tego czynu, w niczym nie przypominał „Micha” ze stanu wojennego. Sprawiał wrażenie osoby zagubionej. Leczył się w poradni zdrowia psychicznego. Niczego nie pamiętał. Nie udowodniono mu, że to jego ciosy stały się bezpośrednią przyczyną śmierci Wojciecha Cieślewicza, bowiem oprócz niego, biło jeszcze co najmniej kilku zomowców.

Wersja oficjalna

W sprawie wydarzeń z 13 lutego 1982 roku oficjalna wersja brzmiała: „Nikt nie odniósł jakichkolwiek obrażeń, poza jednym przypadkiem użycia pałki, nie stosowano środków przymusu bezpośredniego. Funkcjonariusze MO działali bardzo rozważnie, nie dali się ponieść nerwom, sprowokować. Należycie wykonali trudne zadanie”. Jedyną oficjalną ofiarą wydarzeń miał być mężczyzna, w stosunku do którego zastosowano środek przymusu bezpośredniego za to, że miał zbić jednemu z funkcjonariuszy okulary.